Pierwsze dni drugiego tygodnia to początek zajęć i oswajanie się z nowym miejscem studiów – tutejszym Wydziałem Języka i Literatury Angielskiej (İngiliz Dili ve Edebiyatı Fakültesi). Pierwsze zajęcia (English Literature III – the Romanticism - okazało się, że tutaj tylko jeden, ostatni semestr nauki poświęcony jest literaturze końca XIX wieku i współczesnej, dlatego w pierwszym półroczu czeka mnie powtórka z romantyzmu – tyle że tym razem angielskiego) bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły – omawialiśmy kilka ballad Wordswortha. Ku mojemu zdziwieniu byłam w stanie zrozumieć większość wykładu (analiza i interpretacja tekstu) – o ile nie odpływałam gdzieś myślami. Język, którym posługuje się pani jest bardzo ładny i niezbyt skomplikowany, a wymowa nie przesadnie wyrazista i głośna, ale czytelna. Z pewnością niemałe znaczenie miało też to, że jednak osłuchał się człowiek wcześniej z założeniami romantyzmu, filozofią etc., a więc było to raczej przypomnienie niż wprowadzenie nowych wiadomości.
Wieczorne zajęcia (English Novel – the Romanticism z tą samą panią profesor) zostały odwołane; kolejne miałam zatem we wtorek – ponownie English Novel, tyle że z innym wykładowcą (przedmioty English Literature i English Novel mamy po dwa razy w tygodniu z innymi nauczycielami). I znów ogromnie pozytywne zaskoczenie – pani jest bardzo miłą osobą i dobrym nauczycielem. W kontekście kolejnych zagadnień omawialiśmy tego dnia angielski kolonializm w Indiach oraz filozofię walki pasywnej Gandhiego (bardzo ciekawa lekcja!). I znowu – zdecydowana większość zajęć zrozumiała, wspaniale.
Kolejnym ogromnym zaskoczeniem było przyjęcie przez studentów, jakby nie było – obcej osoby w ich klasie (piszę „klasie”, bo zajęcia są tutaj dużo bardziej usystematyzowane niż w Polsce – przedmioty wybierane należą do rzadkości, cały rok – ok. 50 osób – chodzi razem na zajęcia, które są jakby wykładem i ćwiczeniami w jednym, ma zatem po prostu przygotowany dla siebie „plan lekcji” – zazwyczaj są to trzy zajęcia od rana do wczesnego popołudnia lub od popołudnia do późnego wieczora – istnieją bowiem dwie zmiany; czyli herbartowski system klasowo-lekcyjny w wydaniu akademickim). Na pierwszych zajęciach zagadany kolega zaraz pobiegł skserować mi potrzebny tekst, a podczas jego nieobecności dwóch innych po prostu znienacka podrzuciło swój. Następnego dnia zaczęła ze mną rozmowę dziewczyna, która zauważyła, że jestem tu „nowa” i jak się okazało „inna” podobnie jak ona – pochodzi bowiem z Turkmenistanu (i świetnie mówi po swojemu, po turecku, rosyjsku i angielsku…)! Jakoś tak wyszło, że do naszej pogawędki dołączyła się inna dziewczyna, Turczynka, która natychmiast zaproponowała spotkanie (o którym jeszcze napiszę)… Ogólnie rzecz ujmując: istny szok. Większość reakcji na obcych studentów w Polsce to jednak spojrzenia spode łba (żeby nie było widać, że się interesuję) i dystans. Tutaj od momentu wejścia do klasy jasne jest to, że jesteś „atrakcją”, że szepty i śmiechy w ławkach są prawdopodobnie o tobie, ale szybko się okazuje, że absolutnie nie są to negatywne śmiechy i szepty. Ktoś odważny zaraz podchodzi i zaczyna rozmawiać, inni się przyłączają, chcą wiedzieć, skąd jesteś (chociaż i tak wiedzą, że z Polski – 90% erasmusów tutaj jest z Polski), kim jesteś i jaki jesteś. Zaraz proponują pomoc, spotkania. Po tym tygodniu naprawdę pogubiłam się we wszystkich numerach telefonu i adresach e-mail (dodatkowym utrudnieniem jest to, że nie chodzę na zajęcia z konkretnym rokiem, ale mam je mieszane ze wszystkimi rocznikami – czyli prawie cały wydział anglistyki do poznania). Dostałam też zaproszenie na spotkanie czegoś na kształt koła naukowego (przynajmniej tak mi się wydaje, bo dziewczyny opowiadały, że będą robić konferencje i wyjazdy, ale też że spotykają się z panią profesor na jakimś jedzeniu i paleniu nargili…).
Poza tym dzień jak co dzień: maratony do biura erasmusa (układanie zajęć, zmienianie zajęć, przynoszenie dokumentów, mnóstwo pytań i wątpliwości) i spotkania w pewnej wyklarowanej już paczce (czyli teamie z Antalii, do którego dołączył Michał) oraz z Karoliną i Kasią. Spotkania głównie lunchowo-kolacyjne w stołówce, którą szczęśliwie mamy pod nosem. Posiłki tutaj również są dosyć zabawnym epizodem, ponieważ prawdopodobnie Turcy korzystają z nich raz dziennie, wskutek czego są one bardzo obfite (zawsze zupa, jakieś mięsko z sosem, ryż i coś na deser, przeważnie owoc – człowiek naprawdę jest syty po czymś takim) i takie same popołudniu (lunch jest między 12.00 a 13.00) i wieczorem (kolacja 18.00-21.00). My mamy w cenie akademika jedzenie dwa razy dziennie, więc jemy każdego dnia dwa porządne obiady. Nawet ich identyczny skład nie przeszkadza nam tak bardzo, jak na początku myśleliśmy. A trzeba przyznać, że jedzenie jest naprawdę bardzo dobre. Zupy są zwykle podobne do polskich (np. pomidorowej czy grochowej), tyle że mocno doprawione na ostro – co zupełnie zmienia smak i to niekoniecznie na gorszy. Do tego świetnie przyrządzone mięso i ryż zamiast ziemniaków – dla mnie raj. Acha, we wtorek odkrywałyśmy z Dorotą tajniki tutejszej pralni – obsługa tych urządzeń nie jest zbyt skomplikowana, za to stan, w jakim oddają nasze ubrania pozostawia sporo do życzenia. :( Ja wreszcie zabrałam się za załatwianie spraw netowych – czyli głównie próbuję w tak zwanym „międzyczasie” uzupełniać blog i odpisywać na bieżące maile od Turczynek. Niestety za pisanie długich maili do Polski jeszcze nie udało mi się zabrać…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz