czwartek, 15 października 2009

gościnność

Czwartek miał być dniem intensywnych zajęć na uczelni – od przedpołudnia do późnego popołudnia. I wszystko zaczęło się zgodnie z tym planem: rano pojechałyśmy z Dorotą na Advanced Writing&Reading na anglistyce (sympatyczna prowadząca, sympatyczne zajęcia – i nawet nie tak bardzo „advanced”, jak się tego obawiałyśmy) – omawialiśmy tekst dotyczący metod szybkiego czytania ze zrozumieniem i rozmawialiśmy o własnych sposobach. Potem ćwiczenia w szybkim przemieszczaniu się po kampusie i jedzeniu – miałam bowiem godzinę, żeby dostać się na naszą stołówkę, zjeść lunch i wrócić na wydział. Tam już zajęcia z English Literature – tym razem z prof. Fatmą, której nazwiska wciąż nie jestem w stanie zapamiętać (ciekawostką jest to, że większość wykładających tu kobiet wygląda zupełnie jak Europejki, prof. Fatma jest wręcz blondynką o jasnej skórze i brwiach…). Powinno być wspaniale, bowiem było to wprowadzenie do głównych założeń romantyzmu (czyli znów obracamy się w kręgu znanych zagadnień) – czy to jednak przez chaotyczne i niezbyt dobrze mówione prezentacje studentów, czy przez moją senność – nie byłam w stanie zrozumieć większości zajęć. Przykre i trochę straszne. Dodatkowo zaprezentowano jakąś opasłą antologię i nikt nie był w stanie sprecyzować, czy do egzaminu obowiązują nas jedynie jej fragmenty czy może całość…

Po zajęciach byłam już umówiona z Gulsum – dziewczyną, która kiedyś przy pierwszej rozmowie zaproponowała mi spotkanie. A że do następnych zajęć miałam niecałą godzinę, zasugerowałam jakąś ławeczkę w pobliżu… Gulsum jednak planowała zabrać mnie do swojego akademika i poczęstować tureckim jedzeniem i łatwo od swych planów nie odstąpiła – a ja nie nauczyłam się jeszcze odmawiać uprzejmości Turków. Że jednak przekonywała mnie, że jej akademik jest blisko, nie traciłam nadziei, że zdążę na zajęcia… Po nadziei nie zostało śladu, kiedy Turczynka zapytała mnie, gdy jadłyśmy obfity obiad w jej położonym poza campusem akademiku, o której właściwie zaczynają się te moja zajęcia, a ja już tylko z obojętnością skonstatowałam, że za dziesięć minut… Trzeba jednak przyznać, że było naprawdę sympatycznie. Poza obfitym obiadem (to już drugi tego dnia, a w akademiku Aladyna była dzisiaj: zupa grochowa z nieodłączną ostrą papryczką, ryż, paski mortadeli smażone z paskami ziemniaków w jakimś sosie…, deser) dostałam jeszcze słony chlebek z serem, który upiekła i przysłała jej mama… W efekcie ból brzucha – ale tylko i wyłącznie z przejedzenia. A rozmawiałyśmy prawie o wszystkim: czyli znów o języku i o historii, poza tym o systemie edukacji w Turcji i o tym, co mnie najbardziej interesuje, czyli sposobie uczenia literatury. Gulsum twierdzi, że w szkole podstawowej dzieci uczą się wyłącznie języka, nie literatury! Dopiero w ‘highschool’ (system jest podobny jak u nas przed reformą: 8 lat podstawówki, 4 lata liceum; trochę inaczej ze studiami: 4 lata licencjat i 2 lata magisterium – na które decyduje się niewiele osób) wprowadza się literaturę, ale wyłącznie turecką! Straszne. Muszę jeszcze dokładniej zbadać tę sprawę… Było też trochę śmiechu, kiedy zeszło na facetów. Ogólnie bardzo, bardzo miło.
Gdy dotarłyśmy pod mój akademik, okazało się, że czeka tu już na mnie Arzu, z którą byłam umówiona na wieczór. Poszłyśmy zatem z jej bliską koleżanką Tugbą od razu do „Tęczy” – cola, ciasteczka (a ja już nie mogę więcej, nie mogę!!), pogaduszki. Arzu była w zeszłym roku na erasmusie w Krakowie, a Tugba planuje wyjazd, zatem tematy tym razem raczej wyłącznie wymianowe (plus, oczywiście, jedzenie i faceci). I znów mnóstwo śmiechu, bardzo miło… Ale jednak zbyt szybkie tempo jak dla mnie – dużo ludzi, dużo rozmów (a jednak zasób słów w obcym języku ograniczony), dużo nowych wiadomości, a przede wszystkim wrażeń, zachwytów… Tak, wspaniałe, ale na dłuższą metę już trochę męczące…

Wieczorem jeszcze tylko mail do Deniza z serdecznym zaproszeniem do Konii. Ale do tej pory (20 października) milczy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz