Kolejne dwa dni – wtorek i środa to ciąg dalszy oswajania miejsca i usilne próby załatwienia sterty uczelnianych formalności (które, nota bene, trwają do dnia dzisiejszego – tj. 16 października).
W poniedziałek wieczorem dołączyła do nas sympatyczna trzyosobowa grupa z Poznania, tak oto poznałam moją nową współlokatorkę – Dorotę. :) We wtorek koło południa wybraliśmy się do „Tęczy” na śniadanie (Kasia i Karolina, Dorota, Piotrek i Michał – poznaniacy oraz ja), potem byłam umówiona na spotkanie z panem Safakiem Altunsoy’em – profesorem i koordynatorem erasmusa na tutejszej anglistyce. Było więc i trochę nerwów przed pierwszym „oficjalnym” wystąpieniem, okazały się jednak zupełnie niepotrzebne – prof. Altunsoy to przemiły człowiek, który starał się pomóc w wyborze najbardziej odpowiednich przedmiotów, jak tylko potrafił. Powstał zatem wstępny plan (English Literature III – 2 razy w tygodniu, English Novel III – również 2 razy, Oral Communication oraz Advanced Writing & Reading); teraz miałam „popróbować” tych zajęć i pojawić się w przyszłym tygodniu z ostateczną decyzją. Wyszło nieco inaczej… Ale o tym później.
Popołudniu ruszyliśmy w tym samym składzie co rano do Konii – brakowało nam kilku drobiazgów do pokoju (najbardziej palącą potrzebą był switch i kable do Internetu), poza tym było to kolejne zanurzenie w atmosferę miasta. Zanurzenie jednak niezbyt głębokie – czasu wystarczyło nam jedynie na przejście główną ulicą – a więc znów: mnóstwo straganów i straganików, sklepów i sklepików najróżniejszej maści – z ubraniami, artykułami szkolnymi, torbami, telefonami i kartami telefonicznymi, punkty fotograficzne, piekarnie, najrozmaitsze lokanty (coś jak nasze bary mleczne), mnóstwo stanowisk z donerami (z niewiadomych przyczyn zwanych u nas kebabami), słodyczami, sklepy z kosmetykami, bielizną… A pośród tego wszystkiego ludzie – niezupełnie tacy, jakich się spodziewaliśmy. Tyle się naczytaliśmy i nasłuchaliśmy, że Konya to najbardziej konserwatywne miasto, że mieszkają tu sami starsi ludzie, tradycjonalni, religijni, „typowi Turcy”… Oczywiście, zdarzają się i tacy. Wielu jest jednak młodych mężczyzn prowadzących interesy, młodzieży studenckiej oraz pełno nastolatków – łatwo ich rozpoznać, ponieważ wszyscy noszą szkolne mundurki (swoją drogą niesłychanie estetyczne – ładnie kolorystycznie dobrane koszulki do spódniczek czy spodni; zdecydowanie bardziej przypominają wzory zachodnie niż polskie „chałatopodobne” koszulki) i opuszczone nisko poniżej pleców tornistry.
Spieszyło nam się z powrotem, ponieważ byliśmy poumawiani na wieczór – większość wybierała się na imprezę (jaką – erasmusową czy nie, domówkę czy nie – już nie pamiętam…), a ja do spotkanej rano Turczynki, która okazała się studentką anglistyki i pomogła mi podczas pierwszej wizyty na wydziale. Mieszkamy w tym samym akademiku, miałyśmy zatem szansę pogadać wieczorem. O czym? Głównie (jak zwykle bo to chyba najbardziej interesujące) o Turcji i o Polsce, o podobieństwach i różnicach pomiędzy naszymi krajami, trochę o historii, trochę o geografii. Tuba pokazywała mi zdjęcia ze swojej rodzinnej miejscowości (Mugla niedaleko Fethiye – jeden z najpiękniejszych regionów Turcji), opowiadała o pięknie tego miejsca (jedna z wielu poznanych tutaj osób, które są autentycznie dumne ze swojego kraju/regionu/miasta i szczęśliwe, że tu mieszkają). Potem zeszło na tematy religii i religijności/pobożności w społeczeństwie tureckim i polskim, potem na obowiązujące zasady… Niby nie stało się nic, cały czas normalnie rozmawiałyśmy, a jednak odczułam (a może to tylko złudzenie?), że Tuba zaczęła jakby odpierać atak… A przecież ataku nie było. A może był? Bardzo trudno jest wyczuć tutaj granicę swobody w rozmowie, chyba dla każdego Turka bez wyjątku leży ona gdzie indziej.
Środę rozpoczęliśmy od inauguracyjnego lunchu w nowooddanej (choć jeszcze nie całkiem wykończonej) stołówce. I potoczyło się znanym już torem: wizyta w biurze erasmusa, wizyta na wydziale, drobne zakupy w „Tęczy”. Tutaj należałoby dorzucić małą uwagę odnośnie cen towarów w Turcji: jedzenie jest zasadniczo tańsze (np. chleb, gotowe kupowane „na mieście” kanapki i niezliczona ilość tutejszego jedzenia, które najczęściej jest jakimś rodzajem ciasta nadziewanego jakimś rodzajem mięsa lub warzywami) lub w tej samej cenie (nabiał – absolutnym dramatem jest dla mnie prawie zerowa ilość jogurtów owocowych!, większość słodyczy), tanio można też kupić rozmaite „gadżety” (bransoletki, ozdoby) oraz niektóre artykuły gospodarstwa domowego (miski, plastikowe talerzyki, ścierki itp.). Sprawa komplikuje się poważnie przy zakupie kosmetyków – mniej znane artykuły zachodnich firm lub wyroby miejscowe można dostać w podobnej cenie jak w Polsce, natomiast te same przedmioty, ale już większych marek (Head&Shoulders, Always itd.) są co najmniej dwa razy droższe. Jaka kryje się w tym polityka – nie wiem. Podobnie jest z ubraniami – rzeczy nielegitymujące się dużą firmą oraz podróbki dostępne są względnie tanio, pozostałe – bardzo drogo (no, chyba że na promocji ;)). Trudno jest jednak określić relację cenową do produktów kupowanych w Polsce – najogólniej można powiedzieć, że jest „podobnie”.
Popołudniu miałyśmy niespodziewaną wizytę – do pokoju zapukała Turczynka, która mnie szukała. Kim była? Nie miałam pojęcia. Mówiła, że poznałyśmy się w Polsce, więc licząc na to, że za chwilę sobie przypomnę przy jakiej okazji, udawałam, że oczywiście pamiętam. Szydło z worka wyszło bardzo szybko, jednak dzięki temu Arzu rozjaśniła mi sytuację: jest osobą, która wpadła pewnego zimowego dnia do stołówki w Paderevianum, gdy rozmawiałam z Alim i dwiema innymi Turczynkami. Mówiąc ściślej: wpadła dosłownie na dziesięć minut, nie chciała prawie nic mówić po angielsku, miała jakieś problemy, szybko wyszła… Nigdy więcej już z nią nie rozmawiałam. A dzisiaj zdziwiła się: „Jak to, nie pamiętasz? Przecież powiedziałam ci wtedy, że ci pomogę, kiedy przyjedziesz do Konii. Szukam cię od trzech dni! To czego potrzebujesz?”. Szok. Po prostu szok. Ale z tego typu zachowaniem przyjdzie nam spotykać się bardzo często…
Po kolacji – kolejna impreza. Tym razem wyglądało to na nieco bardziej oficjalną zabawę dla erasmusów, więc poszliśmy wszyscy. Znanym już szlakiem – supermarket a alkoholem, mieszkanie (z kampusem sąsiaduje osiedle nowowybudowanych – jak większość rzeczy tutaj – bloków zamieszkanych głównie przez studentów). Faktycznie była to dobra okazja do zdobycia ogólnego wglądu w naszą erasmusową grupę: miażdżąca większość (jakieś 30 z 40 osób) to Polacy – dziesięcioosobowa grupa z Opola, kilka dziewczyn studiujących dentystykę z Warszawy, trochę Poznania, Wrocławia, Lublina i nasza trójka z Krakowa. Poza tym dwoje Węgrów, podobno jacyś Czesi (których jednak na imprezie nie było). A że spora grupa Turków, którzy obecnie zajmują się tutaj erasmusem, wróciła właśnie ze swojego w Polsce – świetnie potrafią się dogadać (w sensie rozumienia potrzeb, niekoniecznie języka ;)), są bardzo chętni do pomocy i jeszcze bardziej, rzecz jasna, do zabawy. W pewnym momencie postanowiono przenieść imprezę z mieszkania do Rixosa – hotelu, prawdopodobnie jednego z dwóch miejsc w Konii, gdzie regularnie odbywa się coś takiego jak dyskoteka/impreza i to w dodatku Z ALKOHOLEM (może i śmieszne, ale jakie ważne w tutejszych warunkach ;)). Większość udała się zatem kontynuować zabawę, Piotrek i ja wróciliśmy do akademików w celu przygotowania się na jutrzejszą „wycieczkę” – witaj, Antalio!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz