Czterodniowy wypad do Antalii postanowiłam opisać w jednym poście – co łatwe pewnie nie będzie, bo wrażeń starczyłoby na cztery długaśne wpisy. W nocy prawie nie spaliśmy – niektórzy późno wrócili z Rixosa, inni (ekhm, ekhm ;)) jak zwykle mają problemy z „wyrobieniem się”. Pobudka zaplanowana była na wczesny świt, wyjście na 6.00 rano; o 7.00 siedzieliśmy już w autobusie do Antalii. Klimat w Konii jest iście kontynentalny (sucho, gorące dni i stosunkowo zimne noce), uderzyło nas zatem duszne, upalne powietrze naszego miasta docelowego położonego nad Morzem Śródziemnym. Wizytę rozpoczęliśmy rozsądnie od znalezienia noclegu – z czym uporaliśmy się względnie szybko, dogadując się z przesympatyczną panią – zaproponowane warunki większość przyjęła z umiarkowanym optymizmem, ja byłam wniebowzięta, że istnieje możliwość taniego noclegu na dachu (o czym marzyłam, odkąd przeczytałam w zeszłym roku o tym zwyczaju w jakichś wspomnieniach z trekkingu wzdłuż wybrzeża w Turcji) – błogosławiony moment, kiedy wpadłam na pomysł wzięcia śpiwora. Mieliśmy szczęście, bowiem nasz pensjonat znajdował się w starej, położonej niedaleko portu dzielnicy Antalii – Kaleici. Szybko pozbyliśmy się zbędnego bagażu i ruszyliśmy w plątaninę starych uliczek, nad którymi górują tylko minarety, palmy i szczyty gór… A całe Kaleici to jeden wielki bazar. Obfitość i egzotyka wszystkiego wokół początkowo niesłychanie fascynuje – zwłaszcza przygotowane specjalnie dla turystów wystawy pięknie skomponowanych przypraw (skusiłyśmy się z Magdą na zakup pałeczek cynamonu do kawy, teraz jednak jest pewien problem – jak to do niej ścierać), miejscowych smakołyków (tym razem padło na degustację lokum – w Polsce zwanego z arabskiego rachatłukum, po angielsku tukish delight), wystawione przed sklepy kolorowe dywany i pięknie ręcznie malowana ceramika. Jest też oczywiście szereg mniej turystyczno-pamiątkowych, a bardziej użytecznych sklepów – z ciuchami, butami, biżuterią. Kilkakrotnie daliśmy się wciągnąć w targowanie – co jednak rzeczą łatwą i przyjemną nie jest i co najgorsze – pozostawia przykre uczucie niepewności, czy aby zakup na pewno był dobrym interesem, a obrażona mina sprzedawcy tylko i wyłącznie grą? Zachęceni opowiadaniami innych erasmusów, którzy Antalię już odwiedzili, postanowiliśmy też wybrać się następnego dnia na rafting do Koprulu Kanyon – musieliśmy zatem znaleźć odpowiednie (czyt. najtańsze) pośrednictwo, które zajmuje się sprzedawaniem miejsc na tego typu imprezę i poświęcić kolejną godzinę na uciążliwe targi. Zmordowani dowlekliśmy się późnym wieczorem do domu – a tam czekała na nas pyszna turecka herbata w tulipankach i jeszcze przyjemniejszy taras wyścielony dywanami i poduszkami. Mmm…
Cały piątek upłynął pod znakiem raftingu. Koprulu Kanyon znajduje się ponad sto kilometrów od Antalii, odbyliśmy zatem ponad dwugodzinną podróż podstawionym busem (pośrednik oddał nas w ręce nowego opiekuna, który z racji na swój wygląd zyskał przydomek Tarzana… jakież było nasze rozbawienie, kiedy na tabliczce z przodu busa przeczytaliśmy „Tarzan Rafting” – co chyba było nazwą firmy organizującej spływ), a kiedy dotarliśmy na miejsce zobaczyliśmy ku naszemu zdziwieniu całą rzeszę (może setkę? a może i więcej…) zachodnich turystów, którzy przybyli tu za pośrednictwem innych firm w tym samym celu. Szczęśliwie zostaliśmy wszyscy (Dorota, Magda, Ela, Piotrek i ja) umieszczeni w tym samym pontonie razem z Tarzanem, po czym zaczęła się zabawa – najpierw trochę spływu, potem mała przegona po wodzie (czyściusieńka…), pozowanie do zdjęcia z wodospadem w tle (co miało sprawiać wrażenie dzikości – trudno jednak wczuć się w klimat, kiedy stoi się w kolejce z kilkudziesięcioma osobami), przepłynięcie przez wąski odcinek rzeki i najlepsze – skok do wody z kilku-(oj, nigdzie nie mogę znaleźć wysokości, może dziesięcio-)metrowej skały. Wszystko rzecz jasna w celach komercyjnych – do filmu, którego sprzedaż przynosi organizatorom drugie tyle zysku co sam rafting. Pomijając komerchę i sztuczność całej akcji, trzeba przyznać, że skok był super – dwukrotnie wycofywałam się ze skały, byłam pewna, że nigdy się na coś takiego nie zdecyduję… Później znów spływ, niestety nie tak ekstremalny jak myślałam i jak to reklamują agencje turystyczne – trochę małych wirów i zmian wysokości, ale niezbyt wiele, trochę skoków i kąpania się w rzece. Ogólny bilans jednak bardzo bardzo pozytywny. No i nawet film kupiliśmy – jeden na spółkę, a i tak mocno wytargowany i wykłócony przez dzielną Elę.
Po powrocie do miasta wpadliśmy w szał zakupowy – okazało się, że sklepy (normalne sklepy, nie na bazarze :)) w Antalii są dużo tańsze niż te w Konii, złaziliśmy zatem całą główną ulicę w poszukiwaniu ręczników, klapek, misek, zeszytów i czego tam jeszcze… Przy okazji kupiliśmy też siedmiokilowego arbuza, winogrona i granata, które stanowiły naszą kolację. Wcześniej jednak wybraliśmy się jeszcze na spacer wzdłuż portu (który okazał się rzut beretem od naszego pensjonatu). I po raz kolejny wpadliśmy w małe kłopoty, wdając się w rozmowę z bardzo światowym policjantem, który chętnie opowiadał (chwalił się…) o swojej pracy i podróżach, po czym zaproponował nam wspólną wycieczkę po „najciekawszych miejscach Turcji” leżących w okolicy Antalii – jutro jego samochodem. Zabrał nas do swego biura, gdzie nad mapą roztaczał przed nami wizję owego wypadu, a my zastanawialiśmy się, na ile chce nam pomóc, a na ile chce na nas zarobić. Ostatecznie jednak, po długim czasie spędzonym nad przewodnikami na naszym tarasie, odmówiliśmy przez telefon policjantowi i postanowiliśmy udać się na własną rękę do Termessos – znajdujących się niedaleko Antalii ruin antycznego miasta. Po powrocie mieliśmy jeszcze podjechać wraz z Denizem – dwudziestosześcioletnim siostrzeńcem naszej gospodyni – do położonych w granicach miasta wodospadów (Duden Selalesi). Żal po „straconej szansie” (choć tu nigdy do końca nie wiadomo, czy straciłeś szansę czy nie dałeś się wrobić) został zatem nieco ukojony.
Wyjazd był fantastyczny. Dolmuszem podjechaliśmy do miejsca, gdzie wchodziło się na teren Parku Narodowego, stamtąd do ruin zostawało jeszcze 9 kilometrów marszu pod górę. Dzielnie zrezygnowaliśmy z usług natarczywego taksówkarza, po chwili udało się złapać stopa, część z nas zatem pojechała – Dorota i ja zostałyśmy, mając nadzieję, że i nas ktoś wkrótce zabierze, nadzieja jednak okazała się płonna. Marsz w skwarze wynagradzały tylko niesamowite widoki na góry i dolinę pod nami oraz niespotykana u nas roślinność. Po półtoragodzinnym marszu, zatrzymał się wreszcie uprzejmy starszy Turek, który podrzucił nas ostatnie trzy kilometry. Na górze okazało się, że to dopiero początek wspinania – miasto leżało bowiem na dość rozległym i nie płaskim terenie. Klimat tego miejsca był naprawdę niesamowity – upał, śródziemnomorska roślinność porastająca ruiny, a w niektórych miejscach dobrze zachowane fragmenty antycznych budowli… Można poczuć się jak poszukiwacze Zaginionej Arki (choć mnie bardziej przypominała się atmosfera gier harcerskich – miejsce wprost wymarzone na grę terenową, np. z elementami wiedzy o starożytnych cywilizacjach…). Ruiny gimnazjonu i łaźni przyćmił wkrótce dobrze zachowany teatr – położony w robiącym ogromne wrażenie otoczeniu gór… Pięknie po prostu. Potem ciąg dalszy wędrówki po ścieżkach wśród kamieni – ruiny świątyni Artemidy i Zeusa, zbiorników na wodę, Agory, a wreszcie – kute w skale grobowce. Całość zrobiła na mnie ogromne wrażenie, zwłaszcza, że było to pierwsze spotkanie z tego typu miejscem „na żywo”. Po powrocie do miejsca startowego poświęciliśmy jeszcze trochę czasu na rzucenie okiem na pozostałości położonego poza miastem cmentarza wojskowego, który wrażenie wywarł niemniejsze. Wrócić postanowiliśmy z taksówkarzem, który zaproponował przyzwoitą cenę do samej Antalii. I dobrze, bo dzięki temu nie spóźniliśmy się na spotkanie z Denizem – zatem szybkie przebieranie i marsz do autobusu.
Duden Selalesi (czyli Wodospady Duden) leżą na obrzeżach miasta i są nieźle zorganizowanym miejscem piknikowym. Ktoś świetnie wykorzystał naturalne piękne i potężne wodospady i wpadł na pomysł zorganizowania wokół nich czegoś na kształt parku – alejek wiodących na różnych wysokościach, dających dobry widok z różnej perspektywy na spadającą wodę, systemu mostków, posadzenia palm, krzewów i kwiatów, wreszcie, jak przystało na miejsce piknikowe, zaopatrzenia gastronomicznego. Całość przypomina zatem nieco klimatem krakowskie zoo. Aż się trochę przykro robi, patrząc jak ta potężna natura została ujarzmiona przez człowieka i wykorzystana dla jego rozrywki. Z drugiej strony – gdyby nie to, być może nie byłoby tak dogodnej okazji do podziwiania tej właśnie natury… W każdym razie same wodospady są po prostu piękne.
W drodze powrotnej Deniz otrzymał od nas zadanie specjalne – zabrać nas do knajpy z typowym tureckim jedzeniem. Biedak żadnej nie znał, w końcu jednak trafiliśmy na początkowo nieco podejrzaną lokantę (zajmowaną przez patrzących na nas dziwnie miejscowych), która okazała się strzałem w dziesiątkę – za nie tak duże pieniądze można było spróbować niemal wszystkiego, co oferowała tutejsza kuchnia. Chyba nie trzeba dodawać, że było przepyszne… Po długo celebrowanej kolacji nie mogliśmy się ruszyć z miejsca i dowlec do domu… A tam, oczywiście, herbata na tarasie. Wypatrzyłam też gdzieś w okolicy telewizora planszę do gry w tavlę (jedna z najpopularniejszych w Turcji gier, do której plansze znajdują się na stolikach wielu restauracji), a że nasza gospodyni nie umiała grać, niezmordowaną turystką zajęła się jej przyjaciółka, która próbowała nauczyć mnie zasad i zagrać ze mną, posługując się pomocą Deniza w tłumaczeniu, co dla mnie mogło być zabawne, a dla niego chyba trochę trudne – spróbujcie wytłumaczyć komuś zupełnie zielonemu zasady takiej gry jak tavla, posługując się jednak średniozaawansowanym angielskim słownictwem.
Podsumowując: dzień przepiękny. ;)
Ostatnią dobę naszych czterodniowych wakacji w Antalii postanowiliśmy spędzić na całkowitym byczeniu się. Późna pobudka (u mnie pobudka na dachu z widokiem na Kaleici, morze i góry… - ekstremalnie przyjemna sprawa) i o 10.00 wymarsz na plażę (tylko Ela i Magda ruszyły godzinę później, w kierunku… bazarów :)). Upał, plaża raczej żwirowa, za to morze wynagradzało wszystko – czyste, przejrzyste, ciepłe (tj. chłodne, ale nie na tyle, aby odczuwać szok po wejściu do wody) – no raj. ;) Po kilku godzinach pluskania się, smażenia na brzegu tudzież innych form leniuchowania postanowiliśmy z Piotrkiem odwiedzić pobliskie (a uważane za jedno z najbogatszych w Turcji) Muzeum Archeologiczne. Największe wrażenie robią zbiory marmurowych posągów greckich bogów (niektóre bardzo duże) zachowane w naprawdę dobrym stanie. Była pośród nich zwłaszcza jedna, która szczególnie zwróciła moją uwagę – marszczenia szat kobiety były oddane z taką precyzją, że trudno było uwierzyć, że to kamień, nie materiał… Ciekawe były też rekonstrukcje domów tureckich z tego regionu sprzed jakichś stu i dwustu lat oraz kolekcja dywanów. Zawiódł natomiast zbiór ikon, obszernie opisywany w przewodniku. Po kilku godzinach dla ducha i umysłu wróciliśmy na plażę, gdzie dołączyły do nas Ela i Magda, nie zostało nam już jednak zbyt wiele czasu. Ostatnie kąpiele w morzu, ostatnie podrywy ;) i trzeba było się zbierać. Na miejsce odjazdu autobusu odprowadził nas Deniz, na którym wymusiliśmy obietnicę odwiedzenia nas w Konii. :)
O 21.00 zajęliśmy ostatecznie miejsca w autobusie, przed drugą w nocy dotarliśmy do miasta, do akademików przed trzecią… Aj, biedne są z nami te panie na portierni (które ustawicznie budzimy w środku nocy, wracając z imprez lub wycieczek). Ale wyjazd był naprawdę fantastyczny...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz