W sobotę zbyt długo nie pospaliśmy – zaplanowaliśmy bowiem na ten dzień wizytę w Catalhoyuk, prawdopodobnie najstarszej znanej osadzie ludzkiej sprzed dziewięciu tysięcy lat! A znajduje się ona (a raczej odkrywane przez archeologów jej pozostałości) nie gdzie indziej, tylko 50 kilometrów od Konii. Dziewięcioosobowa ekipa opuściła zatem w sobotni poranek (o 7.00!) zacne osiedla Ataturka i skierowała się w stronę starego dworca autobusowego w Konii. Tam niespodziewanie szybko i bezproblemowo (biorąc pod uwagę to, że nikt tu nie mówił po angielsku) odnaleźliśmy autobus jadący do Czumry, aby po niespełna godzinie jazdy wysiąść na obskurnym dworcu w jakiejś, mówiąc eufemistycznie, niezbyt dużej tureckiej miejscowości (która, jak się później okazało, ma podobno kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców!). Tu chcieliśmy dowiedzieć się czegoś o autobusie, który według słów pamiętnego sprzedawcy dywanów miał kursować do oddalonej zaledwie o kilometr od naszych wykopalisk wioski (a od Czumry jakieś 15 kilometrów), jednak wszyscy zapytani przez nas ludzie odpowiadali tylko jedno: „taxi” (prawdopodobnie z naszego pytania też zrozumieli tylko „Catalhoyuk”, ale to tu w zupełności wystarcza). Zdenerwowani że znowu nas wrabiają, ale bezsilni, rozpoczęliśmy pertraktacje taksówkowe i przyjęliśmy w miarę przyzwoitą propozycję (10 TL – 20 PLN od łebka za trasę w tę i z powrotem). Załadowaliśmy się zatem do żółtej taksówki (4 osoby do tyłu i 4 do bagażnika, w którym położono „ławeczki”) i pomknęliśmy przez anatolijski step (ale jezdnią, jezdnią…), podskakując na wybojach. Zatrzymaliśmy się gdzieś w polu – dwa małe murowane budyneczki, w oddali szmat srebrnej folii. Pan taksówkarz krzyknął coś przy wejściu do budyneczku i pokazał, aby iść za nim – zrozumieliśmy, że zamienił się teraz w naszego przewodnika. Ale oprócz tego nie rozumieliśmy nic – gdzie ta cała ekipa archeologów, którzy tu mieli pracować? Gdzie badacze z Polski, o których słyszeliśmy, profesorowie, studenci? Gdzie jakiekolwiek życie? Nic, pustka, step. Pan taksówkarz, który ewidentnie rozpoznał w Piotrku przewodnika grupy, właśnie coś mu opowiadał po turecku, nie zrażając się zerową funkcją fatyczną języka swego rozmówcy. Pod srebrną folią zobaczyliśmy trochę dołów, które faktycznie miały jakieś regularne kształty. Niektórzy się cieszyli, ja byłam raczej załamana. Na szczęście okazało się, że jest jeszcze jeden niezauważony przez nas wcześniej teren wykopalisk – tu już można było obserwować z umieszczonych nad ziemią platform nie tylko zarysy pomieszczeń, ale też niektórych elementów wewnątrz i porównywać je z opisanymi po angielsku rysunkami na tablicach informacyjnych. Ufff. Potem pan zabrał nas jeszcze do zrekonstruowanego w kiczowaty sposób neolitycznego domku i wypowiedział też magiczne słowo „cinema". Obejrzeliśmy na zwykłym małym telewizorze film przedstawiający historię tego miejsca, i sposób życia ludzi przed tysiącami lat. Sporo można też było się dowiedzieć z tablic umieszczonych w całym wnętrzu niewielkiego budynku. I całe szczęście, że zadbano o te elementy, w przeciwnym razie miejsce byłoby zupełnie „nieme”… Nie ma sensu rozpisywać się tutaj na temat Catalhoyuk – zalanej wówczas przez wodę równinie anatolijskiej, łażeniu ludzi po dachach i drabinach i chowaniu zmarłych pod podłogą – o wszystkim tym można poczytać na stronie internetowej projektu. Wspomnę jedynie o Wielkiej Matce, której glinianą figurkę odnaleziono i tutaj… Odsyłam do wiersza Herberta.
Reasumując: wizyta pouczająca i warta odbycia. Raz z pewnością wystarczy.
Gdzieś podczas powrotu z Czumry do Konii zaczął się mój kryzys – spaaaać. Małą ilość snu tej nocy nadrabiałam w autobusie i tramwaju na campus (przy temperaturze około 30 stopni…). W akademiku okazało się jednak, że to chyba nieco poważniejsza sprawa i spałam już przez resztę dnia do samego wieczora. Po kolacji na chwilę wstąpiło we mnie życie, zdołałam zatem sporządzić przebiegłą listę planowanych wyjazdów, uwzględniając w niej przerwy świąteczne (zarówno tureckie – bliski Dzień Republiki i listopadowe Święto Ofiarowania, jak i nasze, szczególnie Boże Narodzenie), dni wolne od nauki i dni, które takimi zamierzam uczynić, a także egzaminy śródsemestralne i semestralne. A zatem plan na obecny semestr mniej więcej gotowy, w najbliższym czasie, 28 października (na 29 przypada Dzień Republiki) ruszamy na Stambuł!
Karolinko Droga :)
OdpowiedzUsuńMiałam napisać coś:) o Twoich „znaczących komentarzach” :D, a także tureckich filiżankach-tulipankach:) itd.:) Ostatecznie jednak uznałam, że najrozsądniej (zważywszy na zwiększającą się poczytalność:) bloga:)) będzie...:) z mojej strony, poprzestać na miłym:) serdecznym:) :
P:)o:)z:)d:)r:)a:)w:)i:)a:)m:)
Ach i dodam jeszcze:), że powyższy tekst:) zaczyna się bardzo bardzo niepokojąco „W sobotę zbyt długo nie pospaliśmy”:). Czytam zatem dalej, więc też pewnie dzisiaj długo nie pośpię :D;).
Straaaasznie miło Cię tu widzieć! :)
OdpowiedzUsuńI bardzo dziękuję za pozdrowienia!
Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie w porządku. I że zdążę coś jeszcze przeczytać przed Stambułem... (w sensie, że maila oczywiście). :)
Pozdrawiam i ja bardzo bardzo!