niedziela, 4 października 2009

podróż...

... zaczęła się w sobotę. Mama odstawiła mnie do Balic, potem Dortmund, jakieś osiem godzin czekania na przesiadkę i przed północą samolot do Stambułu. Lądowanie na Sabiha Gokcen w środku nocy (1.30 czasu tureckiego – w Polsce 00.30). Do jakiejś czwartej koczowałam w poczekalni, zabawiając się czytaniem przewodnika, po czym postanowiłam dostać się jakoś do miasta. Jedyną osobą, która mogłaby mi w tym pomóc (tj. dysponowała mapą Stambułu), okazał się starszy pan wypożyczający samochody. Tu zaczęły się schody – pan bowiem próbował przekonać mnie (posługując się wyłącznie językiem tureckim oraz anglojęzycznym kolegą z innego lotniska, z którym połączył mnie przez telefon) o konieczności wynajęcia auta z kierowcą (90 euro, hehe), ostatecznie jednak udało mi się wykazać asertywnością i oświadczyć, że poczekam na pierwszy autobus (o 7.00). Spędziliśmy więc razem kilka godzin, porozumiewając się za pomocą wskazywania sobie odpowiednich zdań w rozmówkach, pokazując sobie zdjęcia z naszych krajów (w mojej galerii najbardziej podobała mu się Mama: „Hmm, Mama wonderful!!” :D), przeglądając profile na facebooku i oglądając tureckie seriale. Sympatycznie.

W Stambule byłam umówiona z poznaną przez CouchSurfing Deniz. Zanim jednak doszło do spotkania, postanowiłam zjeść śniadanie – dogadanie się po raz kolejny okazało się niemożliwe, zatem na śniadanie był kurczak z sałatkami i jakimś gąbczastym chlebem. Przynajmniej porządny posiłek.

Pierwsze wrażenie – bardziej kolorowo niż w Polsce. Mnóstwo rozmaitych knajpek z jedzeniem na ulicy (z "kebabami", a raczej wszelakim mięsiwem, którego dotąd jeszcze nie rozróżniam, stragany z owocami i orzechami, wózeczki na kółkach z preclami i małe stoiska, gdzie robi się świeży sok z owoców). Głośno, trochę chaotycznie (ale bez przesady).

Okazało się, że Deniz była w zeszłym roku na erasmusie w Niemczech, gdzie poznała wielu Polaków, no i, rzecz jasna, odwiedziła też Polskę (a nawet jadła zapiekanki na Placu Nowym :)). Kupiłyśmy bilet na 12.00, potem poszłyśmy na herbatę nad Bosfor. Na zwiedzanie nie było już czasu, posiedziałyśmy zatem nad kanałem i pogadałyśmy (a przynajmniej próbowałyśmy - angielski nas obu nie jest perfekcyjny...) o związkach polsko-tureckich: podobieństwie języków, imperium osmańskim i odsieczy wiedeńskiej oraz bujnie rozwijających się obecnie pomiędzy naszymi krajami wymianach erasmusowych.

Potem Deniz odstawiła mnie do autobusu i tu kolejny powiew „inności” – w Turcji słabo rozwinięty jest system kolei (nie ma zbyt wielu połączeń, podróż jest długa i mało komfortowa), zatem głównym środkiem transportu są autobusy – bardzo komfortowe, zazwyczaj wyposażone w radio i słuchawki przy każdym siedzeniu, kilka razy podczas podróży serwowana jest też kawa/herbata/sok/cola/woda i ciasteczka.
Przespałam prawie całą trasę, budząc się raz na jakiś czas i otwierając buzię ze zdziwienia z powodów widoków za oknem (bardzo dziwny krajobraz gór... niestety, nie mam pojęcia, przez którą część Turcji wtedy przejeżdżaliśmy); do Konii dotarliśmy przed 23.oo. Tutaj czekały na mnie Karolina i Kasia z krakowskiej turkologii wraz ze swymi tureckimi przyjaciółmi - Burakiem i Zubeirem. :)

W akademiku, dobrze po północy, okazało się, że nie ma mnie na liście studentów i nie ma dla mnie miejsca - haha. Dokwaterowano mnie zatem do przebudzonej w środku nocy Turczynki (która też dopiero co przyjechała i od razu poszła spać), kiedy obudziłam się rano, ona właśnie wychodziła - przeniesiono ją do innego akademika.

1 komentarz:

  1. łał! strasznie się cieszę, że u ciebie wszystko w porządku i tak dobrze się bawisz:)

    OdpowiedzUsuń