piątek, 23 października 2009

tydzień w skrócie

W swoim pojmowaniu czasu Mann miał chyba rację - zaczyna się on nienaturalnie rozciągać. Albo po prostu popadam w coraz większą rutynę. Albo coraz mniej rzeczy mnie dziwi i wydaje mi się godnych opisania. Albo może powinnam wziąć się w końcu do poważnej pracy?!

Od sobotniej wycieczki dopadł mnie kryzys energetyczny i śpię w każdej wolnej chwili (tak, Ewelinko, nic nowego ;)). Ale dziwne to o tyle, że śpię i w nocy i w dzień między zajęciami... Niektórzy obwiniają o to konijską nudę. Ale czy ja wiem...

Na uczelni ciąg dalszy zajęć – wypadają one bardzo różnie. Niektóre są fantastyczne, ciekawe, zrozumiałe; inne z kolei śmiertelnie nudne i niemal w całości niejasne. Głównie dzieje się tak poprzez tutejszy system: nie ma oddzielnych ćwiczeń i wykładów, dlatego zawsze jakaś część zajęć, a czasami nawet całość, to prezentacje przygotowane przez studentów, którzy często nie potrafią jasno wyłożyć problemu (chodzi i o logikę wypowiedzi i o wymowę). A wtedy się wyłączam i zasypiam... Czeka mnie jednak dużo samodzielnej pracy, mamy bowiem kilka lektur, które powinny być przeczytane w zasadzie na już. Oczywiście po angielsku... Oj, może być ciężko.
Jeśli chodzi o ciekawostki zajęciowe z ostatnich kilku dni, to okazało się, że dwa razy w tygodniu będziemy mieć turecki z innym nauczycielem – panem, który uczy angielskiego w tutejszej „klasie zerowej” przygotowującej do studiów na anglistyce; gość jest bardzo pewny siebie, swego uroku osobistego i wspaniałości swojej ojczyzny. Nie lubię takich ludzi, a jednocześnie nie da się go nie lubić... W każdym razie zajęcia są dużo bardziej zrozumiałe, skserowaliśmy nawet coś na kształt podręcznika. Pożyjemy, zobaczymy; pewnie będę jeszcze o tych lekcjach pisać.
Dzisiaj mieliśmy natomiast zajęcia z tureckiego z opisywaną już wcześniej panią. I trochę wstyd mi było – bo prawdą jest, że nauczanie przez osobę, która nie potrafi się z nami dogadać (przypominam, że pani nie zna angielskiego), jest czystym nieporozumieniem i szopką po prostu, ale zachowanie „studentów” w tej sytuacji było żenujące... Śmiechy, komentarze, głupie docinki – istne przedszkole. Ech. Mimo wszystko zrobiliśmy dziś trochę rzeczy, głównie dzięki pomocy Marcusa – erasmusa z Austrii, który uczy się tureckiego od kilku miesięcy, a przed przyjazdem do Konii był na kilkutygodniowym intensywnym kursie; tłumaczył nam zatem podawane przez panią zdania.
Trzeba by jeszcze wspomnieć o zabawnych zajęciach z naszą Amerykanką. Wreszcie ktoś trafnie wskazał, kogo nam ona od początku przypominała – Pippi Langstrumpf! I to nie tylko wyglądem, ale głównie zachowaniem. Wypadające z nią w czwartek i w piątek z samego rana lekcje dostarczają ogromu pozytywnej energii. Niektórzy się śmieją, a ja lubię takich nauczycieli. :) Przy okazji: jakieś piętnaście lat temu przepadałam za filmami o przygodach Pippi, może warto byłoby je sobie odświeżyć...?

Oprócz tego ciąg dalszy zawierania znajomości z Turczynkami. Początkowo słyszałam raczej niezbyt dobre rzeczy na ich temat, jednak większość okazała się kompletną blagą. Dziewczyny są ogromnie serdeczne i otwarte. „Mocna” (i nie tylko damska) część grupy z trzeciego roku po niedzielnym wieczorze już mnie zasymilowała, nazwała Heidi (że niby jestem ciągle idiotycznie uśmiechnięta i pucułowata, tak?) - to chyba ma być komplement, ta kreskówka jest podobno szalenie popularna wśród tutejszych dzieci, poza tym sympatycznie zagadują na korytarzu. Dość niespodziewanie udało się też pozytywnie wejść do grupy z pierwszego roku (mimo że na zajęcia zaczęłam chodzić niemal trzy tygodnie później niż oni), z którą chodzę do naszej rudowłosej nauczycielki (czyli praktyczny angielski – Composition oraz Oral Communication). Przygarnęła mnie tam Cansu i jej dwie koleżanki – bardzo fajne dziewczyny, dziś w przerwach między wytężoną nauką angielskiego uczyły mnie podstawowych zwrotów po turecku. :) Z drugim rokiem zajęć nie mam, a jeśli chodzi o czwarty, to kojarzę jakieś pojedyncze osoby (głównie Arzu, o której już chyba sporo pisałam wcześniej); ale to ostatni rok, ludzie są więc bardziej rozproszeni i zajęci samodzielną pracą.
Ciekawa rzecz wydarzyła się natomiast ostatnio przed zajęciami z tymże rokiem... Zagadał do mnie jakiś gość (dość stary, chyba po trzydziestce – co on tu robi?), pyta, czy jestem z Rosji (jeśli ktoś nie bardzo orientuje się w sytuacji erasmusowej, tzn. w tym, że jest tu sporo Polaków, zazwyczaj sądzi, że jesteśmy z Rosji – wiadomo – język). Zaczęliśmy dość swobodną konwersację... Okazało się wkrótce, że jest Kurdem. Ja wyraziłam swe zdziwienie i radość ze spotkania, a gość rzucił żart o terrorystach („wiesz, że my jesteśmy terrorystami? lepiej uważaj...”). Potem zapytał mnie o moje zdanie na temat kapitalizmu, ale był to tylko pretekst do wyrażenia jego poglądów na ten temat... Dowiedziałam się też jeszcze, jak bardzo zachodnie mocarstwa i Rosja kontrolują takie kraje jak nasze (np. KGB w Polsce, tym to mnie gość zaskoczył...). To się może wydawać śmieszne, ale kiedy widziałam tego dorosłego faceta cedzącego przez zęby słowa o potędze Stanów Zjednoczonych i Izraela uciskającej słabsze kraje, naprawdę się przestraszyłam. Nie jego konkretnie, ale jest jednak coś przerażającego w tym, że tych poglądów nie podziela jedynie niewielka grupka gotowych na wszystko szaleńców, ale prawie cały naród, w którym szaleńcy są tylko skrajnym efektem myśli i uczuć wszystkich ludzi... Na szczęście trochę hamowała go jego koleżanka Kurdyjka, która zauważyła moje zdziwienie i początkowo kompletne niezrozumienie tematu...
O sprawie Kurdów jeszcze zbyt wiele nie czytałam. Pytałam o to natomiast spotkaną podczas kolacji dziewczynę – ona twierdzi, że relacje pomiędzy ludnością wcale nie są złe, Turcy i Kurdowie są bowiem bratnimi narodami. Jedynym problemem jest sytuacja polityczna i kłopot jaki ma turecki rząd z kurdyjskimi terrorystami...

Do „rozrywek” minionego tygodnia można jeszcze zaliczyć niezbyt miłe przejścia z Yusufem (zwanym przez nas Józefem ;)) – facetem z Biura Erasmusa, który ma pecha być osobą pierwszego kontaktu z nami właśnie. Najpierw poszło o mój Learning Agreement, ze zmianą którego się dość długo ociągałam (moja wina, przyznaję); jednak on oświadczył, że nie mogę dostać za niektóre przedmioty na anglistyce takiej ilości punktów ECTS, na którą się umawialiśmy! I o której pisałam z koordynatorem z anglistyki od zeszłego roku, bo od niej uzależniałam cały mój wyjazd (chodzi głównie o możliwość zamienienia przedmiotów z Polski...). Strasznie się zdenerwowałam i mieliśmy z panem dość niemiłą rozmowę, ale oczywiście nic nie wskórałam. Będę próbować jeszcze na wydziale i pisać maile do Polski... Ugh!
Wczoraj na dodatek okazało się, że opłata na policję za pozwolenie na pobyt wynosi... 125 TL (250 zł!). Od początku wiedzieliśmy, że mocno nas to uderzy po kieszeni, ale nie że aż tak... Poza tym ktoś ostatnio dawał nam cień nadziei, że jeśli będziemy załatwiać to przez Biuro Erasmusa, to być może uda się za darmo... Po kilku godzinach Yusuf jednak zmienił zdanie i w mailu podał kwotę 135 TL. Wszyscy chodzili wściekli (podobno nawet wysyłali znajomych „Turasków” na policję w celu zbadania sprawy, a ta – podobno – powiedziała: 125), ale oczywiście nikt nie zapytał Yusufa wprost, co to ma znaczyć. Znów zatem przypadła mi niewdzięczna rola... „Nasz przyjaciel” (znany jest bowiem ze swego wiecznego: „It's no problem, my friend...”) stwierdził, że po prostu musiał się wcześniej pomylić i błędnie podał nam pierwszą kwotę i że policja wyda nam paragonik. No miejmy nadzieję...

Piotr z ekipą znów odwiedzili w środę centrum – mamy bilety do Stambułu, hurra!!! (wyjazd: wtorek o 17.00, powrót: poniedziałek nad ranem). Bo sprawa z biletami wcale taka oczywista nie była: od wielu osób słyszeliśmy, że trzeba rezerwować je dużo wcześniej, ponieważ w czasie świąt studenci wracają do domów i wykupują miejsca już z ponad dwutygodniowym wyprzedzeniem. Nam jednak udało się załapać na wyjazd zaledwie tydzień wcześniej, wspaniale.

Acha, dzisiaj z Dorotą i Elą byłyśmy w Akkonaku (taka ekskluzywna restauracja w „Tęczy” - nie do pomyślenia, że zbudowali coś takiego z myślą o studentach) na Kunefe – czyli deserze nr 1 wg Wielkiego Lwa. :) I nie tylko niego... Dziewczynom średnio smakowało – mi, jak zwykle, bardzo. :) A o czym ja w ogóle piszę, można sprawdzić w linku wcześniejszego posta. Kunefe jest jakby smażonym z delikatnym chlebkiem (a może tylko bułką tartą) niesłonym serem żółtym, otoczonym przez coś chrupkiego i bardzo słodkiego, w dużej ilości słodkiego soku... W każdym razie pomimo tego sera żółtego (a w przepisie widzę nawet niesoloną fetę) wszystko jest na słodko. Nie urzekło mnie może tak jak baklava (która zdecydowanie póki co pozostaje faworytem), ale i tak pychota. :) Z każdym dniem czuję, że mnie przybywa...

W „czasie wolnym” czyli pomiędzy zajęciami głównie śpię lub próbuję poczytywać Stambuł Pamuka. Wieczorem często ekipa wychodzi na różnorakie „party”, a ja... śpię. Albo piszę blog. Albo maile – btw, nie ze wszystkimi jeszcze zdążyłam, cierpliwości...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz